Jedni je kochają, inni się ich boją, czyli porozmawiajmy o tasiemcach

One Piece

Przez tasiemca rozumiemy anime, które ma znaczącą liczbę odcinków. Powiedzmy, że dolna granica wynosi około 80. Zatrważająca liczba minut które trzeba spędzić przed ekranem by obejrzeć całą serię niejednego odpycha – a już szczególnie wtedy, gdy zaczynamy od zera a końca nie widać, bo historia posunęła się już ostro do przodu. Ale to co jednych zniechęca, na mnie działa z zupełnie odwrotnym skutkiem. Bo ja, proszę państwa, tasiemce uwielbiam.

Głównym argumentem przeciwko takim seriom jest właśnie liczba odcinków. Zamiast oglądać 690 odcinków One Piece w sytuacji, gdy co tydzień wychodzi kolejny, mnóstwo osób woli kilkanaście serii po 12/24 epizody. Bo więcej historii poznasz, szybciej skończysz, nie utkwisz na miesiące z jednymi bohaterami, a nawet będziesz miał co wpisywać do myanimelist. A co jak ci się nie spodoba i oglądasz te xxx odcinków na darmo?

Trochę to rozumiem, ale żadna sezonowa seria nie przywiąże cię tak mocno do bohaterów jak tasiemiec. Przez te setki godzin zdążysz poznać ich na wylot, widzisz ich wzloty i upadki, śmiechy i łzy. Bardzo stopniowo staną się nieodłączną częścią twojego życia. Dokładnie poznasz ich historię i dalsze losy, mało co zostanie potraktowane po macoszemu. Nawet bohaterowie poboczni dostaną swoje 5 minut, często wywołując w widzach skrajne emocje.

Często i gęsto bohaterowie dorastają razem z tobą. Zaczynasz oglądać Naruto w wieku 13 lat, gdzie sam pomarańczowy dres był strasznym gówniarzem, a tu nagle masz 21, nasz blondyn rozwala system, ma dziecko, zostaje hokage, i bum! Seria która towarzyszyła ci tyle lat, która zabrała cię w długą, niesamowitą podróż pełną przygód, nagle się kończy. Zostaje okropne, paskudne uczucie pustki, jak po przeczytaniu fascynującej, wielotomowej historii. Aczkolwiek w przypadku Naruto trochę to nie wyszło, dla mnie koniec powinien nastąpić dawno temu, ale i tak jest to taka chwila gdzie pewien etap twojego życia się bezpowrotnie zamyka.

Naruto

Tasiemce szybko się nie kończą. To też jest zaleta,ponieważ gdy już na całego wsiąkniesz w daną serię, i tak jeszcze dużo przed tobą. Nie lubię rozstawać się szybko z czymś, w co już zdążyłam się emocjonalnie wciągnąć. Dlatego im dłuższa seria, tym lepiej dla mnie. Z drugiej strony poważnym zagrożeniem jest to, że fantastyczna seria straci na jakości i pod koniec dostaniemy już tylko popłuczyny. Wiele zależy więc od fantazji autora i umiejętności wyczucia, kiedy należy powiedzieć: dość.

Kolejną zaletą jest fakt, że jak już znajdziemy dobrego tasiemca to mamy co oglądać na długie godziny. Osobiście uwielbiam rozkoszować się świadomością, jak wielki kawał dobrej historii jeszcze przede mną. Ile nieodkrytych arców, zawirowań, przeszkód, przygód, nowych postaci. Ile emocji i wrażeń, ile nieprzespanych nocy, dni spędzonych na rozmyślaniu „a co będzie dalej”, dopowiadaniu sobie własnych historii i ten dreszczyk zniecierpliwienia, kiedy znów będę mogła oglądać. Absolutnie to kocham i nie zamieniłabym na nic innego.

Z kilkunastoodcinkowymi seriami jest gorzej. Są krótsze, więc musimy nieźle przebierać by znaleźć coś dobrego, co zajmie nas na tyle czasu. Serie typu Naruto czy Gintama ułatwiają sprawę – mamy co robić na naprawdę długie godziny. A jak już skończymy i wciąż nam mało, to pozostaje gigantyczny fandom, którym szczyci się każdy istotniejszy pasożyt. Fanficki? No problem. Obrazki? Proszę bardzo. Gadżety? Character songi? Doujiny? Mnóstwo tego mamy, mnóstwo! Taki fandom pomógł mi podnieść się po tym, jak skończyło się chociażby KHR!. Tasiemce to też prawdziwy wysyp bizonów i istny raj dla yaoistek, mimo że yaoi tam nie ma żadnego. Ale czasem scenarzyści mrugną do nich, tu wplatając przypadkowy pocałunek (NarutoxSasuke), tam przypadkowe złapanie się za rękę (GokuderaxTsuna)… I proszę, oglądalność skacze w górę.

KHR

Są w zasadzie tylko dwie rzeczy, które mnie w tasiemcach denerwują (nie licząc fabuły która schodzi na psy). Jedną z nich są dłużyzny, a drugą uzależnienia. Przez niekończące się, irytujące wydłużanie walk rzuciłam oglądanie Bleach gdzieś koło 250 odcinka. To już naprawdę przypominało brazylijski serial: w jednym odcinku przewróci się szklanka, przez cztery oglądasz jak spada, a w piątym się tłucze. Uzależnienia natomiast nie są taką złą sprawą, o ile aktualnie nie masz sesji czy innych ważnych obowiązków. Ja oglądam tasiemce epizodycznie, tzn. połknę z 50-80 odcinków w krótkim odstępie czasu, i organizm sam odmawia chęci siedzenia przed monitorem dalej. Więc robię przerwę i czekam na kolejny napad chęci do oglądania, starannie unikając momentów, gdy wiem, że powinnam robić coś innego.

Ale jak wiemy z doświadczenia, anime najlepiej smakuje wtedy gdy jutro masz ważny egzamin.

Advertisements

11 thoughts on “Jedni je kochają, inni się ich boją, czyli porozmawiajmy o tasiemcach

  1. >Dolna granica wynosi około 80
    A weź idź, ja się z 48 odcinkami Heartcatch Precure męczyłam jakiś rok, teraz wpakowałam się w tyle samo Smile Precure i coraz częściej się zastanawiam, czy nie dropnąć 50-odcinkowego Shirokuma Cafe ;)
    Miałam taki ambitny plan, żeby obejrzeć Bleacha w jakimś roku przestępnym, codziennie po jednym epku, bo jest ich 366 i raczej więcej nie powstanie zważywszy na sprzedaż mangi, ale wiem, że to też nie wypali :)
    Samo zaczynanie niedokończonych rzeczy jest ryzykiem, nawet gdy trwają tylko jeden sezon, bo potem dostajemy takie anime-original zakończenie i fani np. Kuroshita czy Noragami płaczą.
    No ale może kiedyś się przekonam, w końcu długo mi zajęło zaczęcie oglądania drugich sezonów czegokolwiek, wcześniej miałam dość po 13/26 odcinkach. Być może kiedyś i do tasiemców się przemogę :)

    • Haha, z tymi 80 odcinkami to nie byłam pewna, ale jak patrzyłam to ludzie dają zwykle 80-100 odcinków ;) Ja kiedyś miałam straszne parcie żeby oglądać wszystko do końca, nawet najgorszy chłam, ale potem się z tego wyleczyłam (na szczęście).
      Naprawdę ambitny plan z Bleachem, ale szczerze odradzam jego realizacji ;)
      Z tym ryzykiem to się zgodzę, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Już wole anime z oryginalnym zakończeniem niż brak anime, które potem wskazuje mi drogę do dobrej mangi której wcześniej bym nie zauważyła… więc w sumie to taka reklama ;) Gorzej jak zrobią dziwne zakończenie a potem nagle się okazuje że wyjdzie drugi sezon i myśl poeto jak to połączyć. Ale z drugiej jakby urwali nagle sezon to też by fani płakali, że jak to tak można… No chyba, że jest już zaplanowany następny…
      Swoją drogą ciekawy temat ;)

      • O, też kiedyś chciałam oglądać wszystko do końca, potem trzymałam się tej słynnej zasady trzech odcinków, ale wtedy trafiłam na kilka takich kup z rzędu, że teraz już się nie lękam nawet wyłączyć po pięciu minutach jeśli coś zawiera elementy których nie trawię albo jest zbyt żenujące.
        No nie wszystkie oryginalne zakończenia są złe same z siebie. W sumie najbardziej to zazwyczaj przeszkadza znającym oryginał, dlatego w Noragami czy Magi mnie nie irytowało, ale w kinowej Sengoku Basarze już tak :)

        • Nie znam tej zasady ;) Najszybciej rzuciłam anime po jednym odcinku, więc jesteś lepsza ;P
          Z tymi zakończeniami to znowu się zgodzę, ale na przykład w Pandorze nie znałam oryginału a i tak zakończenie było do kitu. Na moje szczęście niewiele znam pierwowzorów przed ukazaniem się anime więc omija mnie szerokim łukiem ta frustracja.

  2. Z tasiemców oglądam tylko „One Piece”, ale obecnie mam jakiś zastój bo po prostu nie mogę zdzierżyć tego jak wszystko przedłużają, tego się obecnie nie da oglądać niestety, a raczej nie zapowiada się, aby akcja szła wartko do przodu, bo ciągle anime dogania mangę.
    Po „KHR” też mi było smutno, no bo jak to tak kończyć, jak jeszcze tyle było przed nami. Myślałam, że może po zakończeniu mangi coś ruszy z kolejnym sezonem, ale minęło już tyle czasu, że raczej straciłam nadzieję, a szkoda.

    • Mam podobny problem z One Piece. Mają trzy wyjścia: albo to ciągnąć i psuć anime, ale wstawić multum fillerów, albo zrobić przerwę… i wolałabym najbardziej tą trzecią opcję, choć tydzień bez One Piece będzie smutny.
      z KHR też miałam nadzieję że zrobią drugi sezon :( Wciąż się po cichu łudzę, że kiedyś się tego doczekamy. Nie byłam zadowolona ani z zakończenia anime, ani z zakończenia mangi, ale tęsknie za tym.

  3. Moja styczność z tasiemcami się ogranicza do Bleach’a, którego i tak rzuciłem w kąt.
    Tasiemiec to moim zdaniem bardzo trudna forma. Zwyczajnie trudno jest przez te kilkaset odcinków utrzymywać napięcie i sprawiać by kolejne niemożliwe zwroty akcji ciągle robiły wrażenie. Osobiście wydaje mi się, że popularność tasiemców wynika w dużej mierze z przyzwyczajenia. Skoro ktoś ogląda dany tytuł od kilku lat to cotygodniowy seans tak wszedł mu w krew, że ciągle go sobie urządza nawet jeśli jest już średnio zainteresowany tematem. Druga sprawa to fakt, że ludzie nie chcą przerywać oglądania bo skoro zainwestowali już masę czasu w obejrzenie kilkuset odcinków to odczuwają, że cały ten zainwestowany czas „zmarnuje” się jeśli przestaną oglądać nie doczekawszy się zakończenia.
    To takie luźne, skrajnie subiektywne, uwagi od osoby, która tasiemców nie lubi :)

    • Z tym marnowaniem czasu to z jednej strony się zgodzę, z drugiej nie. Rozumiem ten pogląd widzenia, ale to też zależy od tego, czy ktoś potrafi rzucić serię w kąt jak mu się znudzi, czy nie. Ja kiedyś najgorszy chłam oglądałam do końca – żeby tylko skończyć serię. Marnowaniem czasu określiłabym więc oglądanie na siłę do końca, i tak samo jest z przyzwyczajeniem – po co oglądać coś co w ogóle nas nie ciekawi?
      Odnośnie fabuły – to prawda z tym napięciem, ale duża liczba odcinków daje możliwość rozbudowania fabuły, wniknięcia w szczegóły i po prostu dobrego przeprowadzenia akcji. Już nie mówię o 600 odcinkowych anime, ale dajmy na to takie 148 odcinkowe Hunter x Hunter, które świetnie potrafiło zbudować klimat ;)

      Tak czy inaczej, twoje argumenty są trafne, nie przeczę, obie formy mają swoje złe i dobre strony, i ja obie te formy lubię, ale tasiemce ciut bardziej ;)

  4. Też tak mam z dłuższymi seriami, że jak mam na nie ochotę, to potrafię w krótkim odstępie czasu obejrzeć naprawdę sporo odcinków, a jak już mi przejdzie, to kompletnie nie chce mi się tej serii tknąć. Tasiemców nie oglądam za wiele, głównie Naruto, w którym pomijam praktycznie wszystkie fillery, tak samo z Bleachem, na którego już od dłuższego czasu straciłam wszelkie chęci. Zabrałam się za to za Detective Conan i jak na razie nie zdążył mi się znudzić. ;)

    • O! Tego jeszcze nie widziałam. Może dam mu szansę, ale w pierwszej kolejności idzie drugie podejście do Gintamy ^^” Tak czytam, że ciągle jest ten sam schemat w Detective Conan, tzn. są świadkami przestępstwa i je rozwiązują. Nie nudzi się to? :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s